“Gentoo”…. Jakże to wieloznaczne pojęcie. O ile “Ubuntu” oznacza “humanity to others”, o tyle “Gentoo” oznacza “difficuties to everyone”. Z kolei i idąc innym tokiem rozumowania, “Ubuntu” oznacza “Nie potrafię postawić Debiania”, “Debian” oznacza “Nie potrafię postawić Gentoo”, to “Gentoo” oznacza “Znajdź sobie wreszcie dziewczynę!” (lub obrazowo, acz obco, “Get a life!”). Do czego zmierzam?
Nie, tak łatwo nie będzie. Posłużę się kolejną metaforą….
Gdyby życie przedstawić jako grę, o trzech poziomach trudności (easy, normal i nightmare
), to stawianie Gentoo byłoby przynajmniej “difficult”. To przez co ja dziś przechodziłem, można jednak określić jedynie jako “Boss Level” na poziomie “nightmare”.
Ale po kolei. Zacznę od wczoraj, czyli od pierwszych prób z Gentoo. Zakupiłem szczęśliwie w mieście 2 płyty CD. Na jednej nagrałem DamnSmallLinuksa w wersji 4.2 (dla pewności, że do czegoś będzie można “wrócić”), a na drugiej Gentoo LiveCD 2007.0 . Jakiż to był zawód, gdy okazało się, że stary laptop (96 rocznik!!!!) ma za mało ramu do załadowania LiveCD…. Nie poddałem się jednak i pobrałem Minimal- 56-megową wersję, zawierającą jedynie konsolę i podstawowe aplikacje dzięki którym przy sprawnym połączeniu o dużej przepustowości, można system zainstalować. Przeczekałem noc, przeżyłem dzień szkoły (który nawiasem mówiąc zakończyłem w połowie, przez ekscesy związane ze stanem jelit po kuracji antybiotykowej), zakupiłem płytę i około 14-tej rozpocząłem instalację Gentoo…
I się zaczęło. Z początku było nieźle. Trzeba przyznać, że oficjalny handbook Gentoo jest najlepszym faq-howto jakie w życiu widziałem. W pełni spolonizowany, dokładny, zawierający odnośniki do pełnych list poleceń, flag etc, etc…
Plusem, który od razu rzucił się w oczy przy pierwszych krokach z konsolowym “minimalem” była konsolowa przeglądarka internetowa (tak! przeglądarka internetowa!) links. Majstersztyk ;] . Przebija IE5, mimo że nie ma X-owego/Explorerowego GUI
.
Pierwsze problemy zaczęły się przy próbach budowania drzewa pakietów dla Portage, aplikacji sterującej Gentoo (w grubym skrócie).
Do zbudowania tego drzewa, potrzebne były pliki z internetu, który mimo działającego linksa, nie chciał działać dla niektórych aplikacji. Nie wiedziałem tego jednak. Domyśliłem się dopiero po kilku próbach z różnymi adresami serwerów i sprawdzeniu paru dodatkowych opcji (dlatego ważna prawda: -h/–help nie gryzie!) i doszedłem do źródła problemu. Te, jak zawsze przy moim routerze siedziało w DNS-ach. Wystarczyła mała korekta /etc/resolv.conf (wpisanie adresów serwerów DNS “na sztywno”), zablokowanie możliwości zmian w resolv’ie i voilà! Śmigało ;]
// Wiem, że bloga czytują też laicy- DNS to specjalny rodzaj serwera zamieniający domenę (w grubym skrócie to co wpiszemy w przeglądarkę), na adres IP (4 liczby z zakresu 0-255, oddzielone kropkami, np.: 127.0.0.1), dzięki któremu możemy oglądać strony www. Resolv.conf zaś, to plik w Linuksie, który adresy tych serwerów przechowuje.
To jednak nie był koniec moich problemów… Laptop jest stary, zakurzony i łatwo się przegrzewa. Wiedziałem o tym wcześniej i chłodziłem go jak się dało. Niestety. Na pewnym etapie instalacji, po prostu się wyłączył (BIOS ma funkcję kontroli temperatury).
Byłem wściekły. Uczuciem, które brało jednak górę nad złością, był strach – Czy wszystkie poprzednie operacje poszły na marne? Dzięki Bogu nie ;] . Wszystko dzięki specyficznemu typowi instalacji Gentoo, który właściwie w niczym nie przypomina instalacji… Dostajemy konsolę, komendy, howto i musimy pobierać i rozpakowywać potrzebne pliki. Następnie kompilujemy kernela, środowisko graficzne i różne inne fajne rzeczy
.
Do czego zmierzam? A no do tego, że miałem już gotowy system plików i partycje oraz konto na nich. Wystaczyło tylko zamontować wszystko w odpowiednich miejscach, chrootować się i walczyłem dalej. Teraz jednak byłem przezorniejszy. Obłożyłem gorącego laptopa lodem (w ręcznikach). Działało! Działało… Już nie działa. Czemu? A bo, żeby zmniejszyć wydzielanie ciepła wyłączyłem zasilanie i zapomniałem zupełnie o maksymalnym czasie działania baterii (1.5h?). Efektem czego, przy wyborze opcji do kompilacji kernela (dzięki Bogu nie w czasie kompilacji!),ujrzałem czarny ekran…
Myślałem, że rozwalę ten sprzęt… Ale nic, pozostaje mi zostawić to na jutro. To nawet dobrze, bo lód mi się kończyl…
:/ . Poza tym zdążę zebrać więcej informacji o sprzęcie i kompilacja będzie profesjonalniejsza (choć pewnie nie ideał ;]).
Podsumowując, co już mam:
-popartycjonowany dysk,
-system plików,
-drzewo do Portage,
-źródła kernela,
-polską stronę kodową,
-punkt bezpiecznego powrotu do instalacji ;] .
Więc jutro zaczynam od kompilowania kernela… A dziś trzeba zrobić angielski i przynajmniej jedno łatwe zadanie z MAIN’a…