Koniec roku szkolnego za pasem – idealna pora, by wypruć sobie ostatnie żyły, które jeszcze jakimś cudem (jak to sformułowanie ironicznie w moim przypadku brzmi…) ocalały. Po prostu “Kur*a mać!” – jak w pewnym starym, kultowym, polskim filmie. Zastanawia mnie jakim cudem odnajduję w sobie tyle siły, by uczyć się i zdawać po kolei tyle egzaminów ile miałem już w tym tygodniu i ile mi jeszcze zostało….
Dla dokładności (co leży w mej naturze) dodam, że zaliczałem już w tym tygodniu 6 sprawdzianów/egzaminów (mamy środę wieczór…), a przede mną jeszcze jakieś 5…
Co rzadko mi się zdarza, ogarnia mnie swoiste uczucie bezsilności, braku motywacji do dalszej walki z jakże kur*a niesprawiedliwymi nauczycielami (jak to ujął Tuwim “Mądrale, oczytane faje [Całujcie mnie wszyscy w dupę!]“). Swoją drogą ciekawe co miała moja chemica z matematyki, skoro z 5 na półrocze, 5, 5 i 4+ wychodzi jej 4 na koniec?! Albo taki wfista – 5 na półrocze, jedna 5 w tym półroczu, 4 na koniec O.o. Albo taka Anglistka co to ocenia jedną pracę na 6 (która nawiasem mówiąc ma od ch*ja błędów, i dwa razy więcej błędów których ten babszyl nie zauważył), a drugą IDENTYCZNĄ (no dobra, poprawiłem błędy
) na 5+, która zapytana o powód odpowiada, że praca jest na zbyt niskim poziomie…
Mówicie, że życie jest piękne? To się kur*a grubo mylicie! Życie jest brutalne, trudne, rzuca bez przerwy kłody pod nogi i niewiele je obchodzi wasz los! I tu dochodzimy do sedna sprawy. Co jest w takim bezsensownym, brutalnym życiu jest najważniejsze?
To ciekawy temat, który można analizować na wielu przykładach. Jako że już od kwestii ocen zagalopowałem się aż do kwestii sensu życia, napomknę o wydarzeniu powiązanym z obydwiema tymi kwestiami. Wydarzeniem tym była dzisiejsza praca klasowa z matematyki (graniastosłupy). Nikt (ze mną włącznie) nie miał czasu się do niej przygotować, więc zdobyłem zadania i odpowiedzi (nie pytajcie jak i skąd), wykułem się ich i rozdałem chętnym po klasie. Posypią się szóstki jak nic, ja już wiem że mam (oddałem pierwszy, a przywilejem pierwszej ławki jest zaglądanie nauczycielowi na biurko
). Jednakże, kiedy dostałem wymarzoną ocenę, wcale nie byłem z niej zadowolony. Wręcz przeciwnie, źle się z nią czułem.
Ktoś powiedziałby (i nawet wiem kto
) “Debil!”, czy jak to się teraz czasem zwykło mawiać “Idź do domu!” (w ciekawszych wariantach pojawia się też nawiązanie do psa w postaci “budy” zamiast domu, ale to już temat na całą książkę odn. słownictwa polskiej młodzieży z okresu początku XXI wieku…), ktoś inny powiedziałby pewnie “Ej, daj spokój, przecież zadania rozwiązałeś sam w domu, nie miałeś czasu się uczyć, zawsze jesteś szóstkowym uczniem, należało Ci się”. Pierwszy, choć wulgarny, miałby w tym odrobinę racji – darowanemu koniowi się przecie w zęby nie zagląda. Drugi z kolei racji miałby jeszcze więcej – faktycznie, nie miałem czasu i zadania dzień przed były moją ostatnią deską ratunku. Zastanowiło mnie to jednak i jak to często w moim wypadku bywa, zmusiło do myślenia.
Co ja teraz, po przemyśleniach mam do powiedzenia? A no mam do powiedzenia, że “G*wno prawda!” (i nie, nie jestem anarchistą). Owszem, byłem sprytny, byłem zdeterminowany i chwytałem każdą okazję, by “wyjść na swoje”. Ale czy ma to jakiś sens? Czy ma jakiś sens pokazywanie jakim się jest sprytnym, jak potrafi się życie (i innych ludzi) oszukać?! Co nam wtedy pozostaje z człowieczeństwa? Człowiek powinien kierować się w życiu zasadami, nie przebiegłością. Nawet ateista (jak ja) dochodzi w końcu do takiego wniosku…
Podsumowując teraz tę moją mini-artykuło-rozprawkę, chcę przedstawić jeden wniosek, którego do tej pory często się trzymałem, a którego teraz chcę się trzymać cały czas, bez względu na wszystko. Najważniejsze w życiu są zasady. Człowiek bez zasad nie jest nic wart. Najważniejsze jest, aby trzymać się swoich zasad, aby każdego dnia, móc wieczorem spojrzeć w lustro bez wstydu (pomijam tu bynajmniej kwestie aparycji
) i poczucia winy. I to jest właśnie to co się w życiu najbardziej liczy.
No, się rozpisałem. Tekst pisany bez żadnego większego przygotowania, nawet w sumie myśli porządnie nie zebrałem, więc jeśli znajdziecie jakieś błędy (co b. prawdopodobne) – dajcie znać – nikt nie jest nieomylny (tym bardziej po kilkugodzinnej nauce do sprawdzianu z chemii i francuskiego…).
Najwyższa pota zakończyć tę ekspresję moich światopoglądów, poćwiczyć, umyć się, przekartkować zeszyt i iść spać. Jutro piekielnie ciężki dzień :/ …



